Polowanie na jelenia…

… czyli o przekrętach z wykorzystaniem starych papierów wartościowych, które sam zbieram od wielu lat. A że interesują mnie nie tylko polskie papiery ale także zagraniczne obligacje rządowe to obserwuję co się dzieje na światowym rynku kolekcjonerskim żeby coś od czasu do czasu dołożyć do zbioru.

I przy tej okazji trafiam często na działania, które na regulowanych rynkach papierów wartościowych są uważane od dawna za zwykłe oszustwa i niektóre nawet mają swoją angielską nazwę: “pump & dump” czyli w wolnym tłumaczeniu “napompuj cenę i rzuć na rynek”.

Z grubsza chodzi o to, że bierze się jakiś niezbyt płynny papier, kupuje się jego sporą ilość, pompuje sztucznie jego cenę poprzez rozsiewanie różnego rodzaju pogłosek wskazujących rzekomo na duże niedowartościowanie danego papieru oraz zawieranie różnego rodzaju mniej lub bardziej fikcyjnych transakcji, a jak cena osiągnie odpowiedni poziom, to pozbywa się swojego zapasu. I oszust zostaje z pieniędzmi, a “jelenie” ze śmieciowym papierem. Tyle, że jak wspomniałem wcześniej, na rynkach regulowanych jest to ścigane i karalne. A jeśli chodzi o stare (tzw. kolekcjonerskie) papiery wartościowe to obrót nimi nie jest regulowany w żaden sposób jeśli nie są nadal gdzieś oficjalnie notowane.

Do tego dochodzi kwestia statusu takich starych papierów wartościowych – bo wprawdzie stanowią one obiekt kolekcjonerski, ale z punktu widzenia prawa te papiery mogą być albo ważne, albo nieważne. Prawo nie zna pojęcia “kolekcjonerski papier wartościowy”, zatem przymiotnik “kolekcjonerski” funkcjonuje w kontekście papieru wartościowego na takiej samej zasadzie jak np. przymiotnik “ładny” albo “brudny” czy “poplamiony”, ale do formalno-prawnego statusu papieru ma się nijak. A warto nadmienić, że w przypadku starych emisji ich status jest dla laika często dosyć trudny do określenia bo np. podmiot, który je kiedyś wyemitował i nie był uprzejmy swoich zobowiązań honorować istnieje nadal, więc w zasadzie papier może być ważny w sensie formalno-prawnym, choć możliwość zaspokojenia ewentualnego roszczenie jest praktycznie żadna.

Najbardziej typowym przykładem papierów o trudnym do ustalenia statusie są różnego rodzaju obligacje rządowe, które zwykle w wyniku takich czy innych zawirowań polityczno-gospodarczych nigdy nie zostały spłacone. Dotyczy to choćby obligacji carskiej Rosji wydanych przed rewolucją w 1917, obligacji Chin wydanych przed powstaniem ChRL w 1949 roku, obligacji Meksyku i Brazylii z różnych okresów, które swego czasu finalnie rozliczono w wyniku zawartych z wierzycielami umów ale informacje na ten temat nie są powszechnie znane lub też straciły praktycznie wszelką wartość bo pożarła ją inflacja, obligacji Królestwa Westfalii na którego tronie Napoleon Bonaparte posadził jakiegoś swojego kolesia, którego wysadzono ze stołka jak tylko jego promotor stracił wpływy, ale zanim to zrobiono to ów koleś zdążył wypuścić obligacje oczywiście uznane przez jego następcę za nieważne. Dotyczy to także obligacji Niemiec z lat 1924-1930 które Niemcy wprawdzie honorowali po wojnie, ale dopiero po przeprowadzeniu procedury weryfikującej legalność ich posiadania, a że sporo ich tej procedury nie przeszło (Niemcy twierdzą, że nie spełniały kryteriów bo były kradzione, posiadacze twierdzą zaś, że Niemcy kręcą bo nie chcą płacić) to i spore ich pakiety krążą po rynku.

I to właśnie te papiery są przedmiotem regularnych przekrętów które od wielu lat obserwuję na zagranicznych rynkach.

Schemat tego oszustwa jest zawsze bardzo podobny:

W internecie na różnego rodzaju forach (z reguły takich przeznaczonych dla “inwestorów” mądrych inaczej co to myślą, że zainwestują w jakiś cudowny program inwestycyjny który rzekomo daje ponadprzeciętne zyski i na tym zarobią fortunę nie będąc przy tym organizatorem tegoż programu) pojawiają się informacje o tym, że jest jakiś poufny i tajny program rządu kraju X, który ma na celu wykup dawnych długów (bo np. jakiś sąd w owym kraju to nakazał, albo prezydent owego kraju usłyszał głosy przodków nakazujące mu oddanie starych długów z innego, równie wiarygodnego powodu), więc kto zainwestuje w stare obligacje kraju X to zarobi majątek;

Obok takich lub podobnych bajek pojawia się na tych samych forach cała masa różnego rodzaju ogłoszeń o chęci rzekomego kupna lub rzekomej sprzedaży tych obligacji, przy czym dla dodania im wiarygodności pisze się w nich często o jakichś dodatkowych certyfikatach oryginalności i rożnych innych dokumentach, które są wymagane do zawarcia transakcji. Wszystko okraszone jest pseudo-profesjonalną nowomową mającą wskazywać na to, że stronami są poważni inwestorzy obznajomieni z różnego rodzaju instrumentami finansowymi. Ot taki typowy banksterski bełkot mający robić wrażenie na naiwniakach.

Czasami do takich papierów są dorabiane różnego rodzaju pseudo-profesjonalne ekspertyzy czy wyceny wskazujące, że dany kwitek jest warty miliony (bo złoto, bo odsetki za 100 lat, bo coś tam…).

Charakterystyczne jest też to, że takie papiery są często określane jakąś bzdurną nazwą w stylu Super Czarny Orzeł (Super Black Eagle Bond), Napoleon, Królowa Wiktoria (Queen Victoria Bond), Czterej Prezydenci (4 Presidents), Różowa Dama (Pink Lady) przy czym owa nazwa nie ma nic wspólnego z danym papierem poza tym, że czasami jakoś nawiązuje do grafiki na nim umieszczonej, bo na Super Czarnym Orle i owszem orzeł jest, choć o ile pamiętam to brązowy, ale przynajmniej gatunek ptaka się zgadza, a na Czterech Prezydentach są rzeczywiście 4 męskie facjaty, ale czy prezydentów to nie sprawdzałem, Różowa Dama też jakby się zgadza bo papier jest w tym mniej więcej kolorze, a na obrazku jest jakaś kobieta. Bywa jednak i tak, że te określenia są kompletnie “od czapy” bo na tzw. obligacji Królowej Wiktorii (Queen Victoria Bond) nie ma ani Wiktorii, ani Królowej, tylko jakiś łysy ksiądz katolicki u stóp którego leży nieżywy facet i wprawdzie żywa, ale wyglądająca na niezbyt szczęśliwą kobieta, a poza tym to jest to akurat akcja nieistniejącego od dawna Banco de Londres y Mexico SA, co jak widać nie przeszkadza specjalistom od takich “inwestycji” nazywać jej obligacją. Ale to nie dziwi, bowiem praktycznie wszystkie publikacje na tematy związane z tego typu inwestycjami to bełkot.

Mniej więcej w tym samym czasie na jakiejś uznanej platformie aukcyjnej jest nagle zawieranych kilka transakcji na te właśnie obligacje po cenach z kosmosu. Ba, czasami nawet sprzedającym w takiej transakcji jest jakaś znana w środowisku kolekcjonerskim osoba, która potwierdza, że faktycznie kupiono taki papier za tak duże pieniądze. Czy akurat to jest ustawione tego nie wiem – nie można wykluczyć, że ktoś jest skłonny zaryzykować taki zakup, żeby potem zarobić.

I po odpowiednim podgrzaniu atmosfery zaczyna się polowanie na jeleni – na aukcjach internetowych pojawia się nagle sporo owych obligacji, często do każdej dołączony jest jakiś certyfikacik wystawiany przez kogoś, kto jak twierdzi, zna się na rzeczy i potwierdza (oczywiście nie za darmo) to co każdy, kto ma odrobinę wiedzy na temat starych papierów wartościowych sam może sobie sprawdzić, czyli że papier “wygląda na oryginalny i stary”. Zazwyczaj też oferowany papier jest pokazany na zdjęciu z zamaskowanymi numerami (bo niby ten numer taki cenny jest). Część tych ofert ma ceny “kosmiczne” ale spora część się sprzedaje za ceny nieco niższe, ale równie nieadekwatne do wartości rynkowej takiego papieru. Trwa to zwykle kilka tygodni, czasami kilka miesięcy, ale w końcu brakuje kolejnych chętnych do zakupów i zabawa się kończy, aczkolwiek nawet kilka lat po takim numerze, papiery których dotyczył są oferowane po niebotycznych cenach, po których nikt ich oczywiście nie kupuje. Tak mniej więcej po 5-6 latach przychodzi otrzeźwienie i ceny wracają do normalnego poziomu, ale nadal można trafić na “inwestorów” co to kupili taki papier i nadal wierzą, że zarobią na nim miliony, a na razie im nie wyszło, bo wszyscy przeciwko nim spiskują.

Jak dotąd takie działania obserwowałem w odniesieniu do:

  1. obligacji niemieckich w dolarach USA (zwykle w złocie) z lat 1924-1930 (Dawe’s, Young’s).
  2. obligacji chińskich wydanych przed 1945 (Liberty bonds, Lung Tsing u Hai, Super Petchili, Farmers)
  3. obligacji (i akcji) meksykańskich wystawionych przed 1939 (Queen Victoria bond, Super Black Eagle, Pink Lady, Blueberry, Blue Dove, Queen Elizabeth, Christopher Columbus, Winston Churchill, Umbrella)
  4. obligacji brazylijskich wydanych przed 1979 (LTN, Petrobras)
  5. obligacji rosyjskich wystawionych przed 1917.
  6. obligacji Królestwa Westfalii z 1809 (Napoleon)
  7. niemieckich obligacji z czasów wielkiej inflacji 1920-1923 (ten pomysł chyba oszustom nie wypalił)

Lista nie jest kompletna – od czasu do czasu pojawiają się próby rozkręcenia interesu na kolejnych rodzajach papierów, których ktoś zainteresowany posiada zapewne spory zapas. W nawiasach podałem nazwy pod jakimi zazwyczaj te papiery występują w ofertach “inwestycyjnych” – tylko kilka z nich faktycznie było w swoim czasie stosowane w normalnym obrocie. Np. wszystkie “nazwy” papierów meksykańskich to jakieś współczesne wymysły.

Kolejną wersją oszustwa jest oferowanie “inwestorom” (bo kolekcjonerzy się na taki kit nie łapią) papierów które są kompletnie fikcyjne. Z reguły są to rzekomo papiery rządu amerykańskiego pochodzące rzekomo z jakichś tajnych operacji finansowych CIA. Oczywiście wszystko jest tajne i poufne, nikt nic nie wie, a rząd USA oficjalnie się do tego nie przyznaje bo mu nie wypada, ale jakiś poufny i tajny sąd w Hadze im kazał za to zapłacić, więc jak ktoś ma odpowiednie wejścia to może na tym zarobić majątek, tylko musi KYC, MYC ble, ble, bleeeeeee….

Jest kilka wersji szczegółowych historyjek tego typu, jedna głupsza od drugiej. Jest w nich i Chang-Kai-Szek i Armia Japońska i tajne tunele na Filipinach i złoto i spisek bankierów no i oczywiście pudła pełne obligacji o wartości idącej w biliony dolarów. Aż dziw bierze, że nie ma nic o Sierotce Marysi i jej tajnych inwestycjach ukrywanych przez złą macochą, Czerwonym Kapturku próbującym odzyskać zagrabiony przez wilka majątek po babci czy też o Krasnoludkach ukrywających te pudła z obligacjami w filipińskich tunelach. Rozczarowuje mnie też brak wzmianki o syjonistach i cyklistach, ale trzeba przyznać, że komuniści się w tych historyjkach pojawiają.

Fantazja autorów jest nieograniczona bo rzekome obligacje opiewają na setki milionów i miliardy dolarów, są często oferowane w dużych pakietach, w metalowych pudłach w jakich rzekomo wyszły z Departamentu Skarbu. W tym przypadku także każda korespondencja czy publikacja na ten temat to zestaw bełkotu okraszony suto finansową terminologią, i podobnie jak poprzednio te fikcyjne “obligacje są z reguły określane jakimiś wyrafinowanymi nazwami. Najśmieszniejsze jest to, że jak się przyjrzeć to te “obligacje” są wyjątkowo tandetnie wykonane i wydrukowane więc trzeba być kompletnym kretynem, żeby się na coś takiego nabrać. Przykłady takich “obligacji” i związanych z nimi innych ciekawostek zamieszczam poniżej:

O tym jak ludzie są głupi świadczą nagłośnione przypadki konfiskaty takich “obligacji” przez policje różnych krajów i artykuły prasowe jakie po nich się pojawiają. Sam fakt, że ktoś taką tandetę może uznać za obligację już wskazuje na całkowitą ignorancję. Nawet zdjęcia prasowe są na tyle wyraźne, że ktoś kto trzymał w ręku prawdziwy papier wartościowy zauważy natychmiast, że to nie żadne obligacje USA, ale jakieś śmieszne druczki i że to nawet nie są uczciwe falsyfikaty tylko jakieś pokraczne fantazje na temat obligacji. Ale oczywiście prasa wie swoje i zaczyna się pisanie o urzędnikach Ministerstwa Finansów Japonii próbujących sprzedać owe obligacje po cichu w Szwajcarii z obawy przed bankructwem USA. I takie brednie są potem powtarzane, każdy dokłada swoje trzy grosze (proszę wygooglać: Chiasso financial smuggling case) i interes się kręci, choć dla mnie to są oczywiste przypadki “przemytu” makulatury i jako takie nie są przestępstwem dopóki ktoś nie próbuje sprzedawać tego szmelcu jako obligacji. Zdaje się z resztą, że we wszystkich tych sprawach klientów potem zwolniono bo nie było o co ich oskarżyć…

Na stronie Departamentu Skarbu USA jest też sporo informacji na ten temat: Frauds, Phonies, & Scams.

Fascynuje mnie to, że ludzie którzy dają się robić w konia, robią to z przekonaniem, którego nic nie jest w stanie zmienić. Kiedyś próbowałem z takim “inwestorem” dyskutować, przedstawiłem fakty i dokumenty dowodzące tego, że dany papier jest finansowo nic nie warty, a ten i tak twierdził że ma lepsze informacje, podzielić się nimi nie może bo są tajne, a ja się nie znam. Na końcu tego wpisu załączyłem między innymi link do kopii archiwalnej podobnej dyskusji (po angielsku) – ktoś sensownie wyjaśnia, że takie to a takie papiery (konkretnie chodzi o brazylijskie bony skarbowe z lat 1970-tych) są bez wartości i zaraz pod tym artykułem pojawia się masa wpisów zawierających jakiś pseudo-finansowy bełkot i sugestie w stylu “że się nie zna”. Część tych wpisów pochodzi od oszustów, którzy próbuję zdyskredytować piszącego, a część od głupków co w to wierzą i nawet nie da się stwierdzić kto jest kim.

Przykład takiej strony (której najciekawsze fragmenty zapisałem pro memoria i spakowałem a postaci archiwum zip) znajduje się tutaj. Przebojem jest fragment mówiący o obligacjach pakowanych w trumny z uranem. Cała ta strona to zestaw wielce intrygujących wywodów, w których trudno mi było doszukać się jakiegokolwiek sensu, no ale jak to już wcześniej jeden z “inwestorów” ustalił, nie znam się na tym, więc nic dziwnego, że nic z tego nie rozumiem pomimo ponad dwudziestoletniej praktyki bankowej.

Takich stron jest oczywiście więcej i prawie wszystkie zawierają podobny stek bzdur często okraszonych ckliwymi historyjkami o rzekomo charytatywnym charakterze prowadzonej działalności, sadzonych drzewkach, wspieraniu ubogich czy edukowaniu młodzieży w krajach rozwijających się. Rzadko trafiają się strony bardziej dopracowane i zachowujące jakieś pozory wiarygodności. Prawie wszystkie mają jedynie podany mail do kontaktu, często są podawane jakieś wątpliwe referencje. Wszystkie wymagają też (zarówno od zainteresowanych kupnem jak i sprzedażą) podania pełnych danych i przesłania im podpisanych dokumentów wraz z kopią paszportu (że niby takie przepisowe są i przestrzegają regulacji mających na celu zwalczanie prania pieniędzy) więc co najmniej ryzykujemy kradzież tożsamości.

Biorąc pod uwagę ich ilość można odnieść wrażenie, że na bezdennej wręcz głupocie ludzkiej wyrósł cały nowy sektor finansowy gdzie popularna i występująca masowo na rynku chińska obligacja kolejowa z 1913 warta może z $10 do $20 dolarów wraz z KYC, NIC, MT542 staje się w magiczny sposób jakimś SIV-em (Structured Investment Vehicle) wartym rzekomo setki tysięcy dolarów.

Moim skromnym zdaniem koncepcja jest trochę niedopracowana bo w zestawie wymaganych dla dokonania transakcji dokumentów powinien być jeszcze certyfikat Sanepidu potwierdzający brak zagrożeń mikrobiologicznych (stary papier bywa zagrzybiony), zaświadczenia o ekologicznym charakterze inwestycji (papiery wartościowe drukowano na ekologicznym papierze przy produkcji którego nie używano między innymi chloru), świadectwo radiometryczne (to a propos trumien z uranem) i certyfikat poziomu emisji ektoplazmatycznych, potwierdzający, że dokument nie jest np. nawiedzony przez duchy poprzednich posiadaczy, którzy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach przy próbie realizacji zysków z inwestycji :mrgreen:

Nie żal mi tych idiotów, co w takich inwestycjach topią pieniądze, ale moim zdaniem takie afery psują rynek kolekcjonerski bo tworzą później kompletnie nieracjonalne oczekiwania cenowe w stosunku do często popularnych i masowo występujących emisji przez co spada ich dostępność (często na wiele lat, bo tyle trzeba, żeby taki “inwestor” pogodził się z tym, że utopił kasę). Nie zgadzam się też z opinią części środowiska kolekcjonerskiego (prezentowaną przez osoby zawodowo zajmujące się handlem starymi papierami wartościowymi), że takie rzeczy są dobre dla rynku kolekcjonerskiego bo nakręcają koniunkturę i przyciągają nowe osoby do tego interesującego hobby. Owszem, dobre to może i są, ale tylko dla handlarzy.

Podsumowując:

  1. Stare papiery wartościowe to bardzo wdzięczny obiekt kolekcjonerstwa, ale one mają oko cieszyć i nie powinny być nigdy traktowane jako inwestycja, jeśli zatem ktoś Wam oferuje takie “inwestycje” to radzę wysłać takiego gościa na przysłowiowe drzewo.
  2. W praktyce kolekcjonerskiej czasami można trafić na “żywy” papier stanowiący niewątpliwe zobowiązanie emitenta. Żeby to jednak stwierdzić trzeba mieć solidną wiedzę i duże doświaczenie. Do tego są naprawdę bardzo, ale to bardzo rzadkie przypadki i nawet jeśli taka rzecz się trafi to często nadal jest warta mniej jako inwestycja niż jako kolekcjonerski dokument, a poza tym to nie są nigdy miliony ani nawet tysiące tylko dziesiątki, najwyżej setki dolarów.
  3. Jeśli kolekcjonujecie stare papiery wartościowe i trafi do Was “inwestor” który jest skłonny zapłacić cenę która Wam się wydaje abstrakcyjnie wysoka za coś do czego nie jesteście zbytnio przywiązani, to radzę sprzedać taki papier, bo następnej okazji może nie być 🙂
  4. Nie dajcie się nabierać na żadne “certyfikaty” autentyczności – ta amerykańska zaraza certyfikacji róznych przedmiotów kolekcjonerskich zżera numizmatykę, zaatakowała kolekcjonerstwo banknotów, teraz próbuje się wcisnąć na rynek starych papierów wartościowych, a taki “certyfikat” jest to nic nie warty kawałek papieru, potwierdzający to, co każdy szanujący się kolekcjoner powinien umieć sam zweryfikować. Poza tym certyfikowany szmelc jest nadal szmelcem, tyle że znacznie droższym.

A na koniec proponuję obejrzenie angielskiego filmiku o inwestycjach: Subprime crisis

Subprime crisis



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *